sobota, 31 maja 2014

Opowiadanie; Pies kata

Dzisiaj mam dla was ciekawe opowiadanie... Zapraszam do przeczytania całości , naprawdę wciąga . 

Nazywam się… właściwie nie wiem, jak się nazywam. Być może kiedyś miałem imię, ale musiało to być bardzo dawno. Często wołają na mnie: „ty bestio!”, „zapchlony kundlu!”, ale wydaje mi się, że żaden z tych wyrazów nie ma nic wspólnego z moim imieniem. Nie znam też imienia mojego pana, o ile jakieś ma. Do niego mało kto się zwraca, a jeśli już się zwracają, to ja ich nie rozumiem. Mojego pana może bym rozumiał, niestety on nic nie mówi, ale do tego przyzwyczaiłem się bo minęło już sporo czasu. Rozmawiamy ze sobą, patrząc sobie w oczy, i to nam wystarcza.
Kiedyś mój pan dużo mówił, a ja dobrze pamiętam jego wesoły i pogodny głos. Byłem wtedy szczeniakiem i należałem do ojca mojego pana, a pan był dosyć młodym chłopcem. Takim beztroskim i szczęśliwym, chociaż w domu zawsze panowała dosyć napięta atmosfera. Ojciec mojego pana uratował mnie od łowców, którzy chcieli mnie zabić. Może dlatego, że tak przypominam wilka? W końcu moja matka była prawdziwą wilczycą, ale przecież tata był udomowionym psem. Nie rozumiem więc, dlaczego chcieli mnie zabić, skoro nic złego nikomu nie robiłem. Na szczęście przygarnęła mnie dobra rodzina. Tak, to była dobra rodzina, mimo złych emocji, które w niej panowały.
Okres, kiedy z nimi mieszkałem, był najlepszym okresem mojego życia, nie licząc tych czasów, kiedy żyłem z moją wilczą mamą. Potem zmarł ojciec mojego pana. Od tego momentu było już tylko gorzej.

Mój pan przestał być wesoły i beztroski, nie chciał się ze mną bawić ani chodzić po lesie, stał się nadto dojrzały jak na swój wiek. Coraz częściej znikał z domu, czasami wracał zapłakany, a wtedy jego mama i ja pocieszaliśmy go. Ja zawsze czekałem na niego pod drzwiami, obojętnie o której godzinie wracał. Czułem, że coś jest z nim nie tak. Często klepał mnie po plecach i powtarzał: „jak bardzo chciałbym, aby się to skończyło”. Chciałem mu pomóc, ale nie miałem pojęcia jak. Zacząłem z nim wychodzić i towarzyszyłem mu w jego wędrówkach. Zatrzymywaliśmy się pod jakąś dużą, kamienną budowlą i podczas gdy on tam wchodził, ja musiałem stać przy drzwiach. Od początku nienawidziłem tej budowli i chciałem stamtąd zabrać mojego pana. Pewnego dnia mój pan wybiegł strasznie wzburzony, nigdy wcześniej go takiego nie widziałem. Poszedł do jakiegoś innego miejsca i długo tam z kimś rozmawiał. To był ostatni raz, kiedy słyszałem jego głos. Potem jacyś ludzie ubrani na biało zabrali go z powrotem do tej okropnej budowli, a ja miałem straszne przeczucia. Kiedy czekałem pod drzwiami, usłyszałem przerażający krzyk mojego pana. Ogarnął mnie szał, rzucałem się i szczekałem tak głośno, jak tylko się dało. Miałem nadzieję, że uda mi się wejść i ocalić mojego pana, który najwyraźniej był w niebezpieczeństwie. Znów przybiegli jacyś ludzie, zaczęli mnie kopać i bić kijami, chcąc mnie przegonić. Broniłem się dzielnie, ale nie dałem im rady, skryłem się w lesie i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
Mój pan wyszedł stamtąd po długim czasie. Z początku ucieszyłem się, że go widzę całego i żywego, ale było w nim coś dziwnego. Od tego czasu przestał mówić. Nie mówi do dziś, ale do tego strasznego miejsca nadal chodzi. Ja wszędzie z nim chodzę, nie mam zamiaru go opuszczać. Czasami słychać przeraźliwe krzyki dochodzące z budowli, ale na szczęście nie są to krzyki mojego pana. Zdążyłem się przyzwyczaić i nauczyłem się nie szczekać i stać spokojnie, kiedy jestem w pobliżu budowli. Za to kiedy ja i pan oddalamy się, pozwalam sobie na ciche skamlenie i wycie. Mój pan też wyje. Czasami chodzimy do takiego drewnianego domku, pan długo siedzi przy stole i coś pije, a potem stara się coś powiedzieć i wydaje dźwięk podobny do wycia. W takich dniach zwykle jest jakiś nieswój, ale i tak mu towarzyszę.
Pan nigdy nie podniósł na mnie ręki, zawsze dzieli się ze mną jedzeniem, jakie ma. Kocham go najbardziej na świecie i już nigdy nie pozwolę skrzywdzić.
Nie mieszkamy już mamą mojego pana. Nie wiem, co się z nią stało, ale podejrzewam, że trafiła tam, gdzie ojciec pana. Pan, kiedy umiał jeszcze mówić, opowiadał mi, że jego ojciec jest w prawdziwym raju. Nie ma tam żadnych trosk, smutków, nikt tam nigdy nie płacze ani nie ponosi krzywd. I że mieszka tam jakiś jeszcze ważniejszy, wspanialszy Pan, który wybacza wszystkim sprawiedliwym i lituje się nad grzesznymi.

Nie wiem, kim są ci sprawiedliwi i grzesznicy, ale wiem, że ten raj to cudowne miejsce. Mam nadzieję, że mój pan też tam trafi i odzyska tam mowę, i będzie bardzo szczęśliwy, bo na to zasługuje. I mam też nadzieję, że nie będzie tam złych ludzi, którzy na ulicy wyzywają nas i obrzucają kamieniami, ani ludzi w białych płaszczach, bo oni są jeszcze gorsi. Mojemu panu zdarza się chować twarz za jakimś dziwnym, czerwonym materiałem. Tego też nie rozumiem, bo przecież mój pan ma najpiękniejszą twarz na ziemi. Jest co prawda obsypana bliznami i wykrzywiona cierpieniem, ale dla mnie jest wciąż piękna. Czasami ma też czerwone ręce i wiem, że tego nienawidzi. Myje je potem godzinami w strumieniu i sam bije się drewnianym kijem. Staram się wtedy odebrać mu kij, bo nie chcę, żeby robił sobie krzywdę. Uczę go cierpliwości. Także wtedy, kiedy napotkani ludzie śmieją się z niego, upokarzają go i twierdzą że jest zbrodniarzem. Myślę, że ci ludzie też są nieszczęśliwi i przemawia przez nich szaleństwo. Ale i tak ich nienawidzę, nienawidzę każdego, kto ośmiela się wyzywać mojego pana.
Wierzę, że kiedyś zamiast do kamiennej budowli pójdziemy inną drogą. Drogą prosto do raju, gdzie już nic złego nas nie spotka. A nawet jeśli ta droga będzie trudna, to pomogę panu przez nią przejść. Jest dla mnie całym życiem. Jest po prostu moim ukochanym człowiekiem, a ja jestem mu winien wierność, oddanie i miłość.


*Opowiadanie inspirowane lekturą „Krzyżacy”.

___________________________________________________________________________________
 Podobało się opowiadanie ???
Piszcie w komach co chcielibyście zobaczyć w następnych postach .
Zojdaa ;33
Moja stronka podpisowa na fb [klik]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz